
Przez lata teorie spiskowe krążyły na marginesach internetu. Dziś mogą zostać podane w eleganckiej, pewnej siebie formie przez system, który wygląda jak neutralne źródło wiedzy. A jeśli takie treści trafią do danych, na których uczą się kolejne modele, zaczyna się zamknięty obieg: ludzie produkują dezinformację, AI ją przyswaja, potem AI zwraca ją ludziom jako „wiedzę”, a ludzie publikują ją dalej jako potwierdzenie.
Pytanie brzmi więc nie tylko: czy AI może się pomylić? Wiemy, że może. Poważniejsze pytanie brzmi: co się stanie, jeśli błędy, manipulacje i spiski na trwałe zadomowią się w zasobach, z których AI czerpie odpowiedzi?
Ten tekst jest inspirowany artykułem Mirandy Wollen opisującym chatbot Uncensored AI — narzędzie reklamowane jako „niefiltrowane” i „niezależne od głównego nurtu”, które według NewsGuard powielało fałszywe teorie spiskowe: od rzekomo sfałszowanego lądowania na Księżycu, przez zamachy z 11 września, po dezinformację zdrowotną dotyczącą szczepionek. Problem nie polega wyłącznie na tym, że taki chatbot się myli. Problem polega na tym, że jego odpowiedzi zaczynają być używane jako pozór dowodu: „AI tak powiedziała, więc coś musi być na rzeczy”.
Za kilka lat świat może wyglądać tak: uczeń zapyta chatbota o historię i otrzyma wersję zbudowaną z półprawd. Pacjent zapyta o szczepienia i dostanie odpowiedź podszytą lękiem. Wyborca zapyta o politykę i usłyszy teorię spiskową ubraną w język „analizy”. Nauczyciel, dziennikarz, urzędnik, rodzic — każdy będzie korzystał z narzędzi szybkich, wygodnych i pozornie kompetentnych. Jeżeli te narzędzia będą zanieczyszczone, zanieczyszczona zostanie codzienna świadomość społeczna.
Są już próby przeciwdziałania temu zagrożeniu. Unia Europejska w Akcie o AI wprowadza obowiązki przejrzystości dla treści generowanych przez sztuczną inteligencję, w tym oznaczanie ich w sposób możliwy do odczytu maszynowego; wymogi te mają zacząć obowiązywać w pełni od sierpnia 2026 r. Rozwijane są też standardy pochodzenia treści, takie jak C2PA / Content Credentials, które mają pokazywać, skąd pochodzi zdjęcie, film lub inny materiał i czy był modyfikowany. UNESCO wskazuje z kolei na potrzebę edukacji medialnej i fact-checkingu, zwłaszcza wśród twórców internetowych, bo wielu z nich nie weryfikuje informacji przed publikacją.
Ale technologia sama nie wystarczy. Badacze wskazują, że znakowanie treści AI i systemy pochodzenia danych są nadal niedoskonałe, podatne na obejścia i nierówno wdrażane przez platformy.
Dlatego najważniejsza pozostaje prosta zasada: AI nie może zastąpić krytycznego myślenia. Może pomagać szukać, porządkować i tłumaczyć informacje. Nie powinna jednak być traktowana jak wyrocznia. Jeśli pozwolimy, by najłatwiejsze źródło informacji stało się jednocześnie źródłem najłatwiejszego zanieczyszczenia, problemem nie będzie już tylko dezinformacja w internecie. Problemem będzie dezinformacja wbudowana w nasze codzienne rozumienie świata.

