Za nami pierwsza tura wyborów prezydenckich. Trzaskowski – 31,36%. Nawrocki – 29,54%. Przed nami kolejne dwa tygodnie kampanii, wzmożonej retoryki, licytowania się na „Polskę prawdziwą” i „tę drugą”. Ale zanim rzucimy się w wir analiz, chciałabym się na chwilę zatrzymać i zapytać: co te wybory mówią o nas – Polkach i Polakach?
Polska „pęknięta” – ale dlaczego tak łatwo się z tym godzimy?
Podział jest faktem. Mówią o nim dane, ale i atmosfera codziennego życia. Prawica, lewica. Tradycja, postęp. Centrum, prowincja. „Wykształciuchy” i „niedouki”. Ale czy naprawdę jesteśmy skazani na politykę zredukowaną do wojny kulturowej? My – naród który najboleśniej doświadczył skutków podziałów i najpiękniej, bo w formie dialogu, bez rozlewu krwi, przeprowadził największą pokojową rewolucję ubiegłego wieku – Solidarność?
Mam wrażenie, że zapomnieliśmy… Mam wrażenie, że teraz coraz częściej wybieramy nie przyszłość, tylko mniejsze zło. Że głosujemy nie za czymś, lecz przeciwko. Że demokracja jest dla nas czymś zewnętrznym – czymś, co dzieje się obok nas, nie z naszego udziału. I nie mam tu na myśli tylko kampanii. Mam na myśli coś głębszego – brak edukacji obywatelskiej, brak nawyku wspólnotowego myślenia.
Czego nie uczą nas w szkole
Przez lata edukacja obywatelska w Polsce była dodatkiem, nie fundamentem. W szkole uczymy się o Piastach i Jagiellonach, bitwie pod Grunwaldem, konstytucji 3 maja – ale rzadko o tym, jak wygląda sesja rady miasta, co to jest inicjatywa uchwałodawcza, jak prowadzić debatę bez wygranych i przegranych. A przecież tego właśnie potrzebujemy, jeśli mamy razem żyć w państwie demokratycznym.
A może juz nie chcemy żyć w państwie demokratycznym? Autokracje wokół mają się dobrze. Kwitną jak chwasty na polu,
To nie przypadek, że tak wielu młodych ludzi nie głosuje – albo głosuje w oderwaniu od konsekwencji. Nie nauczyliśmy ich, że polityka to nie tylko wielkie hasła, ale codzienne wybory, wspólne decyzje, a przede wszystkim odpowiedzialność za „my”.
Polki głosują …
W tych wyborach wiele mówi się o roli kobiet. Słusznie. Statystyki z poprzednich lat pokazują, że kobiety częściej głosują na kandydatów liberalnych, otwartych, proeuropejskich. Częściej niż mężczyźni zwracają uwagę na prawa człowieka, kwestie społeczne, język szacunku.
Ale mam wrażenie, że kampania polityczna traktuje kobiety bardziej jako target marketingowy niż jako obywatelki. Wciąż zbyt rzadko mówi się o tym, że to właśnie kobiety – nauczycielki, aktywistki, opiekunki – podtrzymują na co dzień społeczeństwo obywatelskie.
Czy jesteśmy skazani na konserwatyzm?
To pytanie powraca jak refren. Moja odpowiedź: nie. Ale jesteśmy skazani na płytkość polityki, jeśli nie odbudujemy fundamentu wspólnoty. Konserwatyzm (podobno) nie musi oznaczać zamknięcia – może być troską o więzi, tradycje, solidarność. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamienia się w cyniczne narzędzie władzy opartej na strachu, wrogości i podziale. I to chyba jest nasz problem teraz…
II tura to tylko jeden krok. Co dalej – zależy od nas
Wybierzmy – ale nie dajmy sobie wmówić, że to wszystko, na co nas stać. Demokracja nie kończy się w niedzielny wieczór przy ogłoszeniu wyników. Ona zaczyna się tam, gdzie spotykamy się z innymi i próbujemy budować coś wspólnego – mimo różnic.
I może warto zacząć od pytania: Czego powinno się uczyć dzieci w szkole aby umiały potem żyć we wspólnocie ? Czy my sami (dorośli, rodzice) wiemy co to znaczy być obywatelem?

